O Dzieciach na Filipinach

Pierwsze spotkanie następuje w Manili, stolicy Filipin. Lądujemy i po wyjściu z terminala gorące i lepkie od kurzu powietrze, uderza w nas z całym impetem. Po dotarciu na czwarty terminal udajemy się do wcześniej zarezerwowanego hotelu, by w nim przeczekać noc do kolejnego odcinka lotu na Palawan. Trasa jest łatwa i niedługa. Nasze organizmy powoli przyzwyczajają się do panującego zaduchu, ale niemożliwością jest to, jak się męczymy i pocimy. Ogarniające nas mrok, ulewa i rozproszone światła w kałużach porozrzucanych na ulicach potęgują wrażenie złego miejsca. Wśród całego tego hałasu, w którym nie można usłyszeć własnych myśli zaczyna pobrzmiewać „Money, sir!”, „Money, lady!”. Na początku nic nie słyszę, bo całość mojego życia aktualnie skupia się na wsłuchiwaniu w ogromne krople wody złowrogo rozbryzgujące się na szczątkach blach falistych i maskach samochodów oraz tuk tuków. Nie słyszę nic więcej, prócz natarczywego trąbienia, które najpierw przyprawia mnie o zdenerwowanie, a później wprowadza mnie w stan otępienia i zobojętnienia. Dlatego nie słyszę tego dziecka. Idzie za nami i w proszącym geście wyciąga ręce jakby składało je do modlitwy. Nie wiem czy jest to chłopiec czy dziewczynka. Jest zbyt ciemno, a światła są zbyt oślepiające. Jego głos wdziera się nachalnie w moją rzeczywistość, a bariera zauważalności zostaje przerwana dopiero w momencie, gdy szturcha mnie za prawe ramię. Obruszam się i jestem przez kilka sekund przerażona, lecz po chwili zaczynam wiedzieć, co się dzieje. I niby wiem, co mnie aktualnie spotkało, ale nie pojmuję: dlaczego? Dlaczego to małe dziecko późnym wieczorem biega samo pomiędzy sześcioma zatłoczonymi pasami ruchu? Dlaczego nikt go nie pilnuje? Gdzie są jego rodzice? Dlaczego? Dziecko jest brudne i umazane trudami dnia codziennego. Tak sobie je wyobrażam. Po dłuższym spacerze u jego boku widzę, że ubranie ma podarte i jest wyjątkowo chude. Nadal nie wiem, jakiej jest płci. Nic nie wiem. Nie reaguję tylko idę w stronę punktu, który da mi odrobinę wytchnienia i złudzenie bezpieczeństwa. Później zaczepia mnie chłopiec, który pokazuje, że nie ma butów. Wyciąga ręce i składa je w kwiat, a ja zaczynam się zastanawiać, co go do tego zmusiło? Przecież dzieci są albo uczciwe i bezpośrednie, albo nieśmiałe i lękliwe. Ten, który próbuje ze mną, osobą z innego świata nawiązać kontakt, nie wygląda na osobę, która się wstydzi. To dziecko chce przetrwać.

W Puerto Princesa po długim i żmudnym marszu trafiamy do autobusu, który w przeciągu 6 godzin ma nas zawieźć do El Nido. Podróż jest trudna, nudna i nic się nie dzieje. Mamy to szczęście, że dopłaciliśmy 100 PHP do autobusu, w którym czujemy powiewy wiatru wydobywającego się z klimatyzatorów o specyficznym zapachu. W połowie podróży kierowca, co chwilę przystaje na kilka sekund, zabiera kilku uczniów ubranych w szkolne mundurki z plecakami na ramionach. Dzieci płacą kilka groszy za podwózkę, z reguły jest to 10-20 peso filipińskich w zależności od długości podróży. Dzieciaki się krępuję, kiedy widzą nas, białych. Pierwsze z nich szukają miejsca do siedzenia przed lub za nami z innymi Filipińczykami. Nikt koło nas nie siada mimo tego, że robimy dla nich przestrzeń. Patrzą po sobie, chichoczą i rzucają ukradkowe spojrzenia. Nic nie rozumiem, ale pokazanie na mnie palcem, a później zdziwiona mina i śmiech zdają się mówić o zakłopotaniu i próbie rozładowania napięcia, które pojawiło się samoistnie znikąd. Myślę sobie, że dziwna jest natura człowiecza, a delikatna odmienność jest wystarczająca do podjęcia plotek.

- Jak masz na imię? (obcy głos wyrywa mnie z zamyślenia, ten obcy głos przysiada się na wolne miejsce obok mnie)
- Słucham?
- Jak masz na imię?
- Natalia.
- Gdzie jedziesz?
- Do El Nido, a Ty?
- Wracam ze szkoły do domu.
- Lubisz chodzić do szkoły?
- Oczywiście, że tak! (tabu w tym momencie znika) Moi rodzice ciężko pracowali, żeby mi kupić mundurek, plecak i książki. A Ty się uczysz?
- Tak, studiuję fizykę.
- Nie lubię fizyki... A on? (delikatnie wskazuje na Łukasza; co więcej – jakaś ośmielona dziewczynka zajmuje koło niego miejsce)
- On też studiuje fizykę.
- A to jest Twój chłopak?
- Tak.
- Ja też kiedyś będę chciała mieć chłopaka, ale teraz wracam do domu, bo muszę pomagać przy pracach domowych.
- A co będziesz robić?
- Będę zajmować się zwierzętami. Pomogę mamie gotować i sprzątać, a później będę czytać bajkę mojemu bratu, bo dzisiaj pożyczyłam od nauczycielki książkę w szkole. (chwila ciszy, dziewczynka przygląda mi się z zainteresowaniem)
- A co będziesz robić, gdy dorośniesz?
- Chciałabym być lekarzem albo kimś kto pomaga innym ludziom. Wiesz… Tak naprawdę chciałabym pójść na studia i je ukończyć, ale wiem, że to nie będzie łatwe. Nie mamy pieniędzy. (zasmuca się, jej oczy odlatują bezszelestnie w bezkresny ocean)
- Lubisz swój kraj? Lubisz Filipiny? (moja rozmówczyni się ożywia)
- Oczywiście! Chciałabym polecieć do USA, Kanady, ale to Filipiny są najładniejsze na świecie! Widzisz? Patrz! Tutaj mieszkam. Muszę już iść.
- To była dla mnie ogromna przyjemność – poznanie Ciebie.
- Mnie również było miło Cię poznać.
- Powodzenia w życiu!

Dziewczynka wysiadła z autobusu. Na chwilę się jeszcze zatrzymała przy drodze i pomachała mi na odchodne z uśmiechem od ucha do ucha. Skierowała swoje młode stopy w kierunku chaty z blachy i strzechy ustawionej między polną drogą, a polami ryżowymi. W oddali szumiały palmy, a obok chodziły krowy. W tym momencie nie był to dla mnie najładniejszy kraj świata. Widziałam to, jako obraz biedy i skrywanej za szatą wstydu – rozpaczy. Nie było w tym miejscu ubogo, ale biednie. Chata się rozpadała, obok był podmokły, błotnisty teren. Do domu prowadziła ubita dróżka, która wiła się i przecinała poletka bardzo nierównomiernie, jakby była zła na swój los. Dotarliśmy wtedy do El Nido, chociaż nie było łatwo.

W El Nido znaleźliśmy coś w rodzaju budy – kilka zbitych desek, trochę podziurawionej blachy falistej, a w środku kobieta, która sprzedawała ugotowany ryż z kilkoma dodatkami. W środku już byli klienci pod postacią trzech mężczyzn, którzy szybko zrobili nam miejsce przy stoliku obok. Usiedliśmy głodni i zaczęliśmy jeść to, co było. Standardowym jedzeniem w takiej budzie jest miska ryżu i jakieś dodatki. Mnie najbardziej smakowały ścinki ze świńskich racic z dużą ilością tłuszczu i skórą. Wydawało mi się to najbardziej smakowitym jedzeniem, które chociaż czymś pachniało, bo nadmienić trzeba, że na Filipinach krytyk kulinarny szybko straciłby pracę, gdyby miał oceniać przydrożne budki. Do ryżu dobrałam kawałki kości głównie z tłuszczem i skórą, a do tego oznakę zachodu – kawę trzy w jednym, która smakowała jak najdziwniejszy ulepek.

Na początku nie zwróciła na nas swojej uwagi. Biegała, cieszyła się, zrywała pąki kwiatów na części ogródka sąsiadów, a jej brat z uporem maniaka poprawiał fryzurę do szkoły. Jego włosy stały na sztorc, a ilość żelu do włosów, jaki namiętnie w nie wcierał zawstydziłby nie jednego z Was. Gdy Ona nas zauważyła to momentalnie się zarumieniła, podbiegła do mamy i skryła się za spódnicą, która poplamiona była trudami dnia codziennego. Nieśmiałość szybko minęła. Była rozgadana, umorusana, zaczepiała nas i po dziecięcemu próbowała się dowiedzieć, i odpowiedzieć sobie na pytanie: Kim my jesteśmy? Po zjedzonym posiłku, który pochwaliliśmy mówiąc po polsku, że „dobre było” i głaszcząc się po brzuchach, zapytałam czy mogę zrobić jej córce zdjęcie? Jej Mama pozwoliła na zrobienie jej zdjęcia. Przyjęła to chyba, jako pewną nobilitację, ale... Mała była spięta. Po usłyszeniu prośby od swojej Mamy szybko pokręciła małą, rozczochraną główką na znak protestu. Grzecznie prosiłam ją po polsku, aby się zgodziła; uśmiechałam się i w końcu zażenowana podeszła bliżej. Przed zdjęciem Mama poprawiła jej kitkę, która nie zmieniła nieładu w czuprynie, ale sama zainteresowana uśmiechała się jakoś niepewnie. Korzystając z recepty Piotra Trybalskiego wystarczyło zrobić z siebie kretynkę, idiotkę, a przynajmniej półgłówka. Co to znaczy? Otóż ja zaczęłam do niej mówić po polsku, a jak brzmi język polski dla obcokrajowca to większość z nas wie. Ponoć szeleścimy i szumimy, a do tego niekiedy seplenimy. Ponadto, łapałam się za zęby: jedynki, górne i pokazywałam w sposób beznadziejny, że proszę Ją, aby się uśmiechnęła. Pierwsze, drugie zdjęcie. Ja robię głupie miny i jestem kretynem w pełnej krasie. Po chwili dzieje się cud. Chwilę po tym mieliśmy TO zdjęcie (jedno z moich ulubionych). Zdjęcie uśmiechniętej, małej osoby, która wstała rano by zdobywać świat, a przynajmniej mocno w nim zawojować. Osoby, która nigdy nie widziała innego życia, a brojenie i chowanie się za spódnicą mamy w razie niepewności, strachu jest jedną z rzeczy, które umie robić najlepiej na świecie. Rozkosz i niewinność. Błogość i brak konsekwencji. Ta Dziewczynka to była życiodajna siła.

Wykupiliśmy wycieczkę „island hopping” (dosłownie: „skakanie po wyspach”) ze zniżką bez większego targowania się. Wszyscy załadowaliśmy się na łajbę, nasz przewodnik poinformował nas, że musimy tylko jeszcze odebrać pozwolenie na wypłynięcie. Słońce powoli przebijało się zza chmur, więc wszystkie znaki na niebie i na ziemi mówiły nam, że to będzie dobry czas dla nas. Podpłynęliśmy do brzegu, czekamy. Łódki, którymi pływaliśmy miały dosyć charakterystyczną budowę. Łajby były obudowane swego rodzaju konstrukcją z metalowych rur i bambusowych, drewnianych łodygach. Przypuszczam, że ten element łodzi to między innymi możliwość łatwiejszego ustawienia łajby oraz podpórka do skoków do wody. I tę drugą opcję pokazały nam Dzieciaki na plaży. Bez skrępowania, zażenowania ani pytania zaczęły się wślizgiwać na kawałki bambusów. Okrzyk do kumpli! Wrzask! I skok na plecy! Na brzuch! Na bombę! Frajdy miały, co nie miara. Jeden drugiego przepychał. Jeden od drugiego chciał być lepszy, a trzeci i kolejni jeszcze bardziej się popisywali. Byli niezmordowani i nie do zdarcia. Mocna ekipa chłopaków, którzy wiedzą, czego chcą od życia! Skoków do wody! A gdzie byli rodzicie? Rodzeństwo? Krewni? Nie wiem. Ci mali Panowie byli tam sami i używali sobie życia do oporu, jak starzy wyjadacze. Brak skrępowania tylko im w tym pomagał. Nie omieszkali wyrazić swojego niezadowolenia, gdy kapitan łajby, którą mieliśmy płynąć, uzyskał pozwolenie na opuszczenie portu. Szybko znaleźli inną łódź i przeprowadzili następny, częściowy abordaż. Bo kto im zabroni?

Filipiny to jeden z najbiedniejszych krajów świata. To miejsce na końcu świata, w którym nie wszystkie dzieci mają dostęp do wykształcenia, do posiadania na własność plecaka, książki czy mundurka szkolnego. To kraj kontrastów, ale w przeważającej części biedy. Patrząc na te Dzieci było mi przykro mimo tego, że na początku nie rozumiałam do końca, dlaczego. Po rozmowie z dziewczynką w autobusie powoli to do mnie docierało. Ja, mieszkając w Polsce miałam bezproblemowy dostęp do szkoły. Mogłam nawet wybrzydzać i przenieść się do innej szkoły, a kilka ich było w mojej karierze szkolnej. Zawsze na czas miałam podręczniki, długopisy i zeszyty, a także mogłam mieć jeden super element, którym mógł być nowy piórnik, ekstra kredki albo najlepsze na rynku farby. Duszy artystycznej nigdy nie miałam i wybierałam zawsze jakąś książkę, o której marzyłam. Nie doceniałam świadomości (byłam za mała), że ja mam dostęp do wszystkiego. Do sali sportowej i biblioteki. Ze zdumieniem patrzyłam na Dzieci, które miały lekcje w-f w El Nido. Otóż mieszkaliśmy w domku na palach. Wychodząc z niego po ok. 5 metrach mieliśmy płotek, za płotkiem plażę i palmy, a po 2 metrach długości piasku krystalicznie czystą, ciepłą wodę. I wzdłuż tej plaży biegały parami dzieci, a pani nauczycielka głośno używała gwizdka i odmierzała czas. Prowadziła zawody, w których każdy miał przebiec jak najszybciej dany odcinek czasu. Przywitałam się, zagadałam, było sympatycznie. I te Dzieci faktycznie miały tam, na „naszej” plaży zajęcia sportowe, a obuwiem do biegania były gumowe japonki. Strój, który miały na sobie to zwykłe, codzienne ubranie, w którym przyszły do szkoły. Nikt się nie przebrał. Nikt nie miał tenisówek ani adidasów. Nikt się nie przejmował kostkami u nóg, które podczas biegu wyginały się w nienaturalny, niezgodny z prawami fizyki kształt. To był w-f. Normalny w-f. I wtedy do mnie dotarło to, o czym mówiła Dziewczynka z autobusu jadącego do El Nido: „Chciałabym być lekarzem albo kimś, kto pomaga innym ludziom. Wiesz… Tak naprawdę chciałabym pójść na studia i je ukończyć, ale wiem, że to nie będzie łatwe. Nie mamy pieniędzy.” Brak pieniędzy to nie jedyne zmartwienie. Czasami Ci ludzie nie mają też możliwości na skończenie szkoły, studiów. Powinniśmy potrafić doceniać to, co nas otacza tak, jak robią to Dzieci i Nastolatki na Filipinach.