Stolica Chińskiej Republiki Ludowej – Pekin!

Nie chcę oceniać całej powierzchni wielkich i przepastnych Chin tylko i wyłącznie na podstawie Pekinu, ponieważ byłabym nieuczciwa. Jednakże, chciałabym Wam pokazać jak bardzo mnie to miejsce przeraziło, bo nigdy wcześniej nie widziałam tak szarego powietrza i tak szarych ludzi.

Sam lot z Frankfurtu do Pekinu do najgorszych nie należał, chociaż samolot Air China do najnowszych nie należał. Widać było, że najwspanialsze czasy już przeżył i wyglądał na nieco zużyty. Nie powiem również, żeby Air China jakoś dobrze karmiła, bo posiłki w samolocie były, co najwyżej miernej jakości, ale jeśli potraktować je jako przerywniki, a nie główną atrakcję to ujdą w tłoku. W związku z tym, że w stolicy Chińskiej Republiki Ludowej mieliśmy drobny stop-over to postanowiliśmy wyjść na miasto. I samo wyjście na miasto do problematycznych nie należy, ale jeśli macie 3 h przesiadki to myślę, że nie warto, bo zwyczajnie zabraknie Wam czasu – lotnisko jest ogromne. My mieliśmy ok. 8 h, co pozwoliło nam na mały wyskok i zachłyśnięcie się smogiem, ale o tym za chwilę. Po wyjściu z samolotu od razu skierowaliśmy się w stronę stanowisk, w których wydawane są wizy tranzytowe. Przed wydaniem takiej wizy należy uzupełnić standardowy druczek, następnie zostaną od Was pobrane wszystkie odciski palców, po czym przejdziecie przez bramki mierzące temperaturę ciała na lotnisku. Są one tam postawione po to, aby była informacja o tym, czy przypadkiem nie wnosicie na teren kraju jakieś choroby. Prawdę mówiąc, my spotkaliśmy się z tym po raz pierwszy. Kolejka do wbicia wizy w paszport nie była długa, więc czekaliśmy ok. 15 minut, lecz wiem, że niekiedy można czekać i 5-6 godzin. Pojawił się drobny problem, ponieważ mnie wbito w paszport wizę stałego pobytu, po czym obok dostałam pieczątkę z czerwonym hasłem „cancelled”, a dopiero w następnym kroku wizę tranzytową. Niby nic, ale jak w tej chwili patrzę na swój paszport i na przekreślone znaczki to jest mi nieco przykro. Trudno, tak miało być.

 Transport z lotniska PEK do centrum miasta odbywa się kolejką i cała przeprawa zabiera w jedną stronę ok. 30-40 minut, więc 80 minut czasu trwania transportu w dwie strony to minimum. Linia ta nazywa się Airport Express i w okolice placu Tian’anmen najlepiej jest dojechać z przesiadką na stacji w Dongzhimen na niebieską linię i kierować się aż do stacji Qianmen. Z tego punktu można już łatwo dotrzeć na plac Tian’anmen. Metro w Pekinie to pociągi podstawiane na czas na stacje oraz punktualność, więc żadnych problemów na naszej trasie nie doświadczyliśmy.

Plac Niebiańskiego Spokoju to największy plac na świecie (wymiary to 300 na 800 metrów) i jednocześnie morze betonu. Króluje tam szarzyzna betonu i jeśli ktoś ten beton kocha to będzie to dosłownie raj na ziemi. Plac jest dostępny dla wszystkich zwiedzających po uprzednim przejściu przez bramki ochrony. Sama kontrola jest szybka i bezproblemowa, a po jej przejściu można podziwiać pomnik Bohaterów Ludu oraz mauzoleum Mao Zedonga. Chociaż ciężko mi to podziwianiem nazywać. Przez okolice placu przelewa się morze ludzi. Ludzi szarych, zmęczonych życiem, bez radości i energii do życia. Niebo jest szare i w trakcie naszego pobytu podobno mieliśmy piękną, słoneczną pogodę oraz 28 st.C. Podobno. Było szaro i buro, a brud wżerał się w nasze gardła i już po godzinie odczuwalne było charakterystyczne drapanie w gardle, a noszenie maseczek na twarzach jest całkowicie uzasadnione. Smog w Poznaniu to pestka, smog w Krakowie to zaledwie chmurka do tego, co widzieliśmy i poczuliśmy w Pekinie. Morze ludzi, morze zawieszonego brudu w powietrzu i rozumiem, że czasami na wielkim telebimie pojawiają się zdjęcia, urywki wschodzącego słońca nad Pekinem, nadawane z kamer umieszczonych na drapaczach chmur. Chińskiej Republice Ludowej dam jeszcze szansę w przyszłości tym bardziej, że po lekturze książki „Dobre kobiety z Chin. Głosy z ukrycia.” Xue Xinran (Wydawnictwo Czarne) chciałabym się kiedyś na jakiś czas zaszyć w zachodnich Chinach. Książka nie jest przyjemna ani lekka ni subtelna, ale szczerze Wam ją polecam. Warto. Wracając do meritum, Pekin oszołomił mnie ogólną apatią i brakiem „życia”, choć tego życia wokół nas było mnóstwo i cieszę się, że mogłam to zobaczyć. Nadmienić należy, że w roku 1989 na Placu Niebiańskiego Spokoju miały miejsce protesty zapoczątkowane przez zbieranie się studentów, młodych ludzi będących filarem państwa, na placu po śmierci sekretarza generalnego Komunistycznej Partii Chin Hu Yaobanga, będącego zwolennikiem reform politycznych. Na samym początku, jeszcze w kwietniu 1989 roku doszło do strajku głodowego ok. 2-3 tysięcy studentów, który przerodził się w okupację placu. Protestujący studenci domagali się reform politycznych w kraju komunistycznym, demokratyzacji w związku z rosnącą korupcją, a wspierani byli przez robotników. W wyniku wielu wydarzeń, które wtedy miały miejsce (m.in. obchodzenie świąt 1 i 4 maja, wizyta Michaiła Gorbaczowa), Zhao Ziyang (nowy sekretarz generalny KPCh) spotkał się na placu Tian’anmen z protestującymi, którzy kategorycznie odmówili zaprzestania protestu. 20 maja 1989 wprowadzono w Pekinie stan wyjątkowy, po czym sprowadzono z 27 prowincji armię, która współpracując z lokalnym wojskiem i policją, rozpędziła protestujących. Nocą z 3 na 4 czerwca 1989 roku armia wkroczyła na plac, używając czołgów oraz ognia z broni maszynowej, zginęło wielu protestujących, a Chiny to nadal kraj komunistyczny. Plac Niebiańskiego Spokoju w swojej historii widział krew, łzy, sztuczne uśmiechy, kwiaty, dzieci i starców.

Po wyjściu z terenu placu, skierowaliśmy się do kompleksu Zakazanego Miasta, ale pozostało nam tylko obejść je wokół muru, ponieważ w poniedziałki Zakazane Miasto jest nieczynne dla zwiedzających. Szkoda. Wielka szkoda, ponieważ to w tym miejscu pokładałam nadzieje na dotknięcie odrobiny tego, co piękne i ukryte w Pekinie podczas naszego stop-overu. Jednak, wystarczyło się nieco odwrócić, przekrzywić głowę i widoczna była rzeka Tongzi, pełna nieczystości, brudna, szara i mętna. To była prawdziwa stolica, w której ludzie gdzieś się spieszyli, załatwiali swoje sprawunki i pędzili, by żyć. To właśnie tam, w niewielkiej uliczce zdecydowaliśmy się zamówić obiad w małej restauracyjce. Siedziało w niej kilka osób, więc i my postanowiliśmy się tam na chwilę zadomowić, ale oszczędzę Wam zdjęć. Wybraliśmy pierożki oraz zupę słodko-kwaśną. Pierożki zjedliśmy, a zupa nam została i już podaję, dlaczego? Otóż wyglądało to jak raz zmielone, przetrawione i podane do miski. Pachniało okrutnie, ażeby być uczciwą, muszę napisać, że śmierdziało. I nadal uważam, że Chiny to cudowne widoki, pola herbaty, zakątki, ciekawi ludzie i wspaniałe jedzenie, które należy odkryć, ale nie w tamtym momencie. To było zwyczajnie złe.

Po wyjściu z restauracji postanowiliśmy się przejść po okolicznej dzielnicy, która nie była tak pokazowa jak mauzoleum Mao Zedonga. Była normalnym miejscem w dużym mieście, w którym Chińczycy i Chinki biegali, jeździli za swoimi sprawunkami. Ciekawe było również to, że za większością bram znajdowały się slumsy. Drewniane, rozpadające się drzwi dawały dostęp do domu z blachy falistej i zlepek betonu. Nieopodal pranie było zawieszone na sznurkach, psy leniwie przemierzały okoliczne ścieżki, a pośrodku płynęło błoto z mętną pianą. Taka to rzeczywistość jednej z największych stolic na świecie.

Udało nam się przez chwilę pospacerować po okolicznych parkach, które były wysprzątane, miały w sobie sporo zieleni, były to miejsca nieco bardziej ciche mimo ogromu ludzi. I to właśnie w tych miejscach myślę, że można znaleźć chwilę wytchnienia, choć zieleń okolicznych drzew i krzewów nie cieszy, gdy nadal jest szara i pozbawiona swojej naturalnej żywotności. Smutny to obraz Pekinu, ale taki właśnie widzieliśmy przez te zaledwie kilka godzin. Chin nie chcę przekreślać, ale Beijing mnie nie zachwycił. Wręcz odtrącił, ale może to dlatego, że się starzeję i nagle doceniam dzikość natury, spokój, możliwość obcowania ze zwierzętami?