Drapacze Chmur w Nowym Jorku

To jest niesamowite uczucie. Gdy stoi się na chodniku nie czuje się niczego wyjątkowego. Ot, po prostu chodnik, na którym jest pełno ludzi. Natomiast po wjechaniu na sześćdziesiąte któreś piętro sytuacja zmienia się diametralnie. Stojąc na dachu wieżowca, patrząc w dół świat nagle wydaje się mały, a wszystkie odgłosy dochodzą do nas jakby zza matowej, grubej szyby. Jest to zupełnie inny świat. Świat, w którym spozieramy na niewielkie mrówki, przemieszczające się niejednostajnie i z pozoru bezcelowo. Gdy wieje wiatr we włosach, gdy serce zaczyna szybciej bić, a w oddali widać Statuę Wolności to przychodzi do nas to uczucie. Poczucie wielkości, ogromnych możliwości i czar pryska, gdy tylko zjedziemy windą na bruk. Tęsknota jest ogromna i właśnie, dlatego warto choć raz w życiu na dach jednego drapacza chmur wjechać. Dać się wprowadzić w stan niepewności, zainteresowania i podniecenia. W szczególności za dnia.

Mieliśmy szansę odwiedzić Empire State Building za dnia oraz Top of The Rock Observation Desk w nocy (więcej informacji TUTAJ: http://studentwpodrozy.pl/ameryka-pn/usa/151-city-pass-new-york). Pierwszy wjazd na dach wieżowca zaliczyliśmy późnym popołudniem. Gdy weszliśmy na dach było już zupełnie ciemno. Wiał dosyć porywisty wiatr, a w tle migotało wiele świateł. Jeśli wytężyliśmy wzrok to była możliwość zobaczenia pozostałych cieni na innych dachach budynków, które razem z nami rozglądały się na boki. Widok był niesamowity i cudowny, mimo chłodu. Na tarasie było spokojnie, ale czuć było podekscytowanie i było to wspaniałe wrażenie. Nie było widać zatoki, ale co jakiś czas oślepiały nas światła z naszego wieżowca. Podczas drugiego wjazdu mieliśmy szansę zobaczyć panoramę Nowego Jorku za dnia i to było jeszcze lepsze wrażenie. Było widać przestrzeń i wtedy można było się poczuć maluczkim. Maleńkim. Pyłkiem. Nic nieznaczącym podmuchem świata. Wiatr we włosach, spojrzenie na Statuę Wolności w oddali. Coś fantastycznego i jeśli miałabym polecić, kiedy po raz pierwszy należy wjechać na drapacz chmur to zdecydowanie poleciłabym jasną część doby. Emocje związane z nicością, która jest pod nami są nie do podrobienia. Myślę, że mijają one, gdy tylko wjedziemy po raz drugi, trzeci albo piętnasty na tak wysoki dach, ale warto to zrobić. Szczerze polecam, ponieważ sama podróż windą była dla mnie niesamowita. Ta szybkość, brak poczucia przeciążenia i animacje w środku są (i znowu powtórzę to słowo) niesamowite!

I po zejściu z dachu, wyjściu przed budynek na chodnik od razu pojawia się tęsknota. Tam na górze, niemalże w chmurach jest lepiej. Wszystko jest „bardziej”, „mocniej” i „intensywniej”, choć przez chwilę. Na chodniku na samym dole brak jest tego wzruszenia i nie ma tych emocji. Jest zwyczajnie i przyziemnie i pozostaje tylko czekać do kolejnej takiej okazji. I nie, nie można porównać tej wysokości do wejścia na szczyt Kościelca w Tatrach. To jest coś zupełnie innego, ale również niezwykłego.