Grand Bel Aire – miejsce z amerykańskich filmów

Wylądowaliśmy, udaliśmy się do Eduardo, naszego hosta z AirBNB, rozpakowaliśmy się i postanowiliśmy, że udamy się na mały spacer. Bez większego planu z jet lagiem z tyłu głowy uznaliśmy, że wysiądziemy gdzieś w Astorii i przespacerujemy się do Roosevelt Island. Spacer był leniwy, poprzetykany ziewaniem, lekkim zmęczeniem. Takie zwyczajne, leniwe popołudnie. Chodząc tak nowojorskimi uliczkami, które były spokojne i kompletnie niepopularne, na których odbywało się zwykłe, amerykańskie życie, natrafiliśmy na Grand Bel Aire. Miejsce położone przy 31-91 21st St, Astoria, NY 11106.

I tutaj rozpocznę historię właściwą. Z zewnątrz wyglądało tak sobie, w zasadzie nie zachęcało i było nieco, jak stary budynek, który ma kilka neonów, ale sam nie ma swej prezencji ani młodości. Ot, wielkie coś. W oknach były pozawieszane dosyć grube zasłony, więc ciężko było zajrzeć i zorientować się, co tam jest w środku. Trochę zniechęceni, trochę bez pomysłu na siebie weszliśmy do środka. Wybuchła Miłość! Jakże to wielka Miłość była do tego miejsca, gdzie ma się to poczucie, że jednocześnie się je zna, ale jest nam w zasadzie obce. Jakie to nienaturalne, ale jednocześnie fantastyczne było! Witają nas gazety pozawieszane na kijach, które kojarzą mi się z każdą knajpką na przedmieściach amerykańskich. Na wejściu wita nas Pani, prawdopodobnie pełniąca funkcję osoby odpowiedzialnej za salę i kasjerki. Przekazuje nas w ręce kelnerki, która z amerykańskim, bielusieńkim uśmiechem mości nas na niebieskich kanapach przy stole. Ale jakich kanapach! Przecież wszystko jest nowe, ale znane! Na kanapach filmowych, pozamykanych w boxy, ponieważ znaleźliśmy bar/restaurację taką, jaką oglądaliśmy na filmach amerykańskich, w których Panie kelnerki mają fartuszki, za barem stoi gruby Bob i szykuje drinki dla wszystkich, którzy zajęli swoje miejsca na obrotowych taboretach oraz słucha lokalnych ploteczek, na zapleczu jest George, który przygotowuje steki z frytkami, a nieopodal nas siedzi Bill z małżonką i jedzą niedzielny obiad. Nad barem zawieszone jest na suficie ogromne lustro, które dostarcza większej przestrzeni oraz dodatkowo rozprasza wpadające mimochodem do środka światło. Obłęd! Dobrze, znaleźliśmy się w amerykańskim filmie. Jest bosko, zaczyna być jeszcze lepiej, gdy kelnerka podaje nam karty i pyta: How are you? Are you ok? O jejku, ja jestem teraz bardzo ok. W między czasie w restauracji kręcony jest jakiś spot reklamowy. Pan reżyser szuka dogodnego miejsca, by jedzenie i jedzący statyści wyglądali, jak najlepiej, a talerze, które im donoszą, wyglądają obłędnie reklamowo i myślę sobie: tak się robi reklamę na bogato w USA! Tutaj popełniam pierwszy błąd, ale o tym za chwilę.

Po raz drugi zakochuję się w tym miejscu, gdy prosimy o kawę. Dostaję kubek. Zwyczajny, trochę obity kubek. Kelnerka nalewa mi kawy, podaje cukier i mleko. Kawa jest przygotowana z ekspresu przelewowego i przyznaję, jest dobra. Jest taka, jaka powinna być kawa z ekspresu przelewowego, albo moim kubkom smakowym odbija na samą myśl o tym, w jakim miejscu siedzę. Nad nami zawieszony jest charakterystyczny wentylator, który oplata nas swoim cieniem, który spowija nas w mroku niczym gangsterów z lat sześćdziesiątych. Mija kilka minut. Kelnerka podchodzi i:

- Honey, are you ok? Do you wanna more coffee?

Nie czekając na moją odpowiedź, po prostu dolewa mi kawy. Jak na filmach. Jak na amerykańskich filmach. Moja radość nie zna granic, bo ona to robi ciągle. I ciągle. I jak tylko poziom lustra kawy w moim kubku spada do niebezpiecznego limitu, który wynosi dwa łyki do dna, ona magicznie się pojawia, nazywa mnie swoim słodziakiem i dolewa mi czarnego napoju bogów. Jestem w amerykańsko-kawowo-restauracyjnym niebie. Totalnie.

Przychodzi czas na konkrety. Wybrałam z karty coś, co się nazywało „chicken with potato and corn”, Łukasz na powitanie postanowił zabrać się za burgera. I wspomniałam wyżej, że popełniłam błąd? Właśnie się on ziścił, ale nie uprzedzajmy faktów. Mój kurczak był z opcji obiadowej, jakiegoś zestawu. Przystawka: zupa z wszystkiego, trąciła zupą z resztek, ale była smaczna. Natomiast, jak mi podano pół wielkiej kury z talerzem puree ziemniaczanego dla czterech osób oraz stadem gotowanej kukurydzy to zwątpiłam. Zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem moje zamówienie nie zostało podwojone ze względu na osobę Łukasza, ale okazało się, że nie. Tego żarcia było multum! Łukasz otrzymał burgera wysmażonego medium red, z makaronem w sosie serowym (obrzydliwe, jak nie wiem co) oraz z kiszonym ogórkiem. Kiszony ogórek był wyborny, podzieliliśmy go między siebie równo, nieco zajadle, ale to warzywo było, a my lubimy. I przyznaję, głodni byliśmy, ale nie byliśmy w stanie tego przejeść mimo nieskończonej ilości dolewek kawy. Rezultat? Nie przejedliśmy tego.

Jedzenia zostało nam sporo, więc kelnerka grzecznie zapytała, czy jej Honey, czyli my to się dobrze czujemy, bo coś widać, że głodni nie jesteśmy… Powiem więcej. Zaczęła nam proponować ciastka. Niewielka porcja, przecież tylko jedna, którą ja miałam w swój zestaw wliczoną. Były trzy rodzaje i poprosiłam, aby to właśnie ona coś dla mnie wybrała. Padło na tiramisu i takiego deseru we Włoszech nie widziałam. Poza tym, na południu Europy smakował kawą, a tutaj był cukier z domieszką cukru, posypany cukrem. Nie czułam kompletnie innego smaku niż zalepiająca mnie słodycz. Skubnęliśmy po razie, grzecznie podziękowaliśmy, więc zapakowano nam to ciastko na drogę. Zacukrzeni, przejedzeni, ale szczęśliwi, bo klimat w środku był nieziemski, i znany i całkiem obcy, opuściliśmy Grand Bel Aire.

Sama wyprawa do toalety jest całkiem sympatyczna. Słowo „toilet” nie działa, więc dogadujemy się na „rest room” i zamaszystymi gestami jestem prowadzona do tego przybytku. Drzwi otwierają się, jak w amerykańskim westernie. W środku jest bardzo charakterystycznie i znowu, jak z filmu. Zabrzmi to kuriozalnie, ale podoba mi się ta toaleta. Jest nieco obśrupana, ale całkiem sympatyczna i autentyczna.

I będąc w USA polecam każdemu znaleźć sobie knajpkę z filmu, bo jest to rzecz niesamowita i wspaniała. Dodam, że nie wiem, kiedy i jak, ale to było moje pierwsze miejsce tego rodzaju, ale na pewno nie ostatnie.