Chwile rajskiego wytchnienia: Barbados, Bridgetown

Na Barbadosie wylądowaliśmy z samego rana, a z okien samolotu witały nas rajskie plaże okraszone cieniami chmur. Widok nieziemski, bo wiedzieliśmy, że plaże będą piękne, rajskie, ale też znajdą się laguny. Liczyliśmy na to, że przez najbliższe trzy dni odpoczniemy po bardzo ciężkim czasie dla nas.

Po wyjściu z lotniska przywitało nas gorące powietrze i uśmiechnięci ludzie. Powiem więcej: po wylądowaniu po zejściu z płyty lotniska, a jeszcze przed pieczątką wbitą w paszport mieliśmy do wyboru napój typowo barbadoski. Rum poncz w wersji alkoholowej, jak i bezalkoholowej rozdawany w niewielkich kubeczkach. Taki przedsmak, słodkie preludium przed tym, z czego Barbados słynie. To nie był poncz, to była ambrozja o idealnie wyważonym smaku.

Zatrzymaliśmy się w Ocean Spray Apartments (Courtyard Studio), które znaleźliśmy na AirBNB (tutaj możecie zgarnąć 18 EUR na kolejną rezerwację: https://www.airbnb.pl/c/npierunek?currency=EUR) w Oistins. Miejsce to zlokalizowane jest na zachodzie wyspy i żadna komunikacja miejska tam nie dojeżdża. Jeśli już to do jednej z dróg, ale nie ma na wsiach czegoś takiego, jak przystanki. Wystarczy zapytać lokalnych mieszkańców, gdzie jest autobus do Bridgetown i wskażą paluchem, w którym kierunku należy iść. Miejsce jest ciche, sielankowe z wystawionymi leżakami przed budynkiem, co pozwala na obserwowanie Oceanu Atlantyckiego wieczorową porą. Apartamenty miały na wyposażeniu mini kuchnię, były przestrzenne i miały balkon oraz klimatyzację. Tak, wypoczęliśmy tam, a tego nam było trzeba.

Tak, podobało nam się tam bardzo, bo było rajsko i cicho. Absolutnie nie był to kurort, w którym są hałas i imprezy, a przynajmniej na taki poza sezonem nie wyglądał. Mieli kilka palm, kwitnących kwiatów, ale na spokojnie można było zamoczyć się i popluskać w wodzie, która była ciepła i rozkoszna, ale za to słona, jak Wieliczka. Kąpiel w niej była cudowna, a jej przejrzystość zachwycająca i głównie za to uwielbiam rajskie wyspy. Za ciepłą wodę, która relaksuje, a nie za palmy, drinki i sztuczne trawniki. Woda to najlepsze lekarstwo dla ciała i duszy.

W ciągu kolejnego dnia wybraliśmy się na spacer do stolicy wyspy, Bridgetown. I naprawdę, to jest wręcz niewiarygodne, żeby taka maleńka wysepka, takie nic było tak sławne w świecie. Barbados nie ma więcej niż 35 km długości, można rowerem objechać całość naokoło, a najczęstsze pytanie, które się pojawia to: gdzie jest Rihanna? Bo ona właśnie stamtąd pochodzi. Z kraju (ponoć) szczęśliwych ludzi, którzy państwem stali się całkiem niedawno. To była kolonia Wielkiej Brytanii aż do roku 1966, a 30 listopada właśnie wtedy Barbados stał się niezależnym bytem. Młode państwo, w którym króluje dolar barbadoski 1 BBD to ok. 2,10 PLN, ale jeśli macie dolary amerykańskie to też wszędzie nimi zapłacicie, a resztę wydadzą Wam w dolarach barbadoskich. Jest to miejsce marzeń i naprawdę niewielka pchełka na mapie Karaibów. Zachodnie wybrzeże to kraina luksusów: pola golfowe, drogie hotele, profesjonalna obsługa, palmy i ogromne baseny, Wschodnia część wyspy jest bardziej dzika i odrobinę zarezerwowana dla surferów. Nie ma tam aż tak pięknych, piaszczystych i rozległych plaż, za to są klify i fale, z którymi można się zmierzyć. Barbados słynie również z przyjemności i bardzo pozytywnego podejścia do życia mimo, iż historia tej wyspy i jej odkrywania nie należy do najprzyjemniejszych. To tutaj zostali sprowadzeni niewolnicy z Afryki, którzy pracowali na plantacjach cukru. Graniczący momentami z letargiem spokój (szczególnie w trakcie południa) to cecha charakterystyczna mieszkańców. Do tego dochodzi rytmiczna muzyka, świetne owoce, rum albo rum poncz, lazurowa woda, gorąc stający się przyjemniejszym do zniesienia dzięki wiatrowi i hałas w stolicy, a na obrzeżach spokój.

Bridgetown to wspomniana wyżej stolica Barbadosu, ale także największe miasto na wyspie. Znajduje się w nim port, w którym przybijają do brzegu luksusowe wycieczkowce, łódki i jachty, mniej lub bardziej drogie. 10-15 minut od portu znajduje się ścisłe centrum z całym harmidrem świata. Jest gorąco, praktycznie na każdym kroku jest mały sklepik albo kramik, a ludzie są poubierani bardzo kolorowo. Są głośni, żywotni i energiczni, i to oni właśnie nadają charakteru tym ulicom. Bardzo charakterystycznym budynkiem jest Parlament, czy też Statua Lorda Nelsona. Niedaleko położony jest Plac Niepodległości, a na nim znajduje się wiele barów, restauracji, knajpek i Łuk Niepodległości, czyli Independence Arch. Został on wybudowany na 21. rocznicę uzyskania niepodległości przez Barbados w 1987 roku. Poza tym? Poza tym tumult, dużo śmiechu, hałas doprawiony niewiarygodną ilością kurzu i skwar, przed którym lokalni mieszkańcy chowają się pod parasolkami, a tacy, jak my – smarują na potęgę skwierczące łydki. W samym Bridgetown znajduje się plaża Brownes. Rozległa, ogromna plaża, na którą prosi się wchodzić bez broni. To oczywiste. Jest szeroka, a piasek na niej jest miękki, jak mąka. Stopy lekko się w nim zapadają, czując przyjemność. Gdy jest za gorący, wystarczy na chwilę zanurzyć stopy w wodzie i iść dalej przed siebie. Wokół, na leżakach porozsiadani są naganiacze, którzy oferują atrakcje takie, jak pływanie kajakiem z przezroczystym dnem, ale nie zawsze chcieli się do nas ruszyć. Czasami po prostu wołali do nas ze swoich legowisk, bo przecież nikomu nie chce się biegać po takim skwarze…

Do Bridgetown dojechaliśmy busikiem z Oistins za 3.5 BBD. Dworzec jest zatłoczony, śmierdzi spalinami, ale miałam wrażenie, że można tam załatwić każdy interes życia. Można też wiele stracić, ale to zależy od umiejętności handlowania z drugim człowiekiem. Tak czy inaczej, polecam się stamtąd szybko ewakuować, bo nie ma tam nic ciekawego. Jednakże, jeśli będziecie szukać transportu do domu to udajcie się tam. Większość busików ma podane nazwy, dokąd jedzie, a jak nie jesteście pewni czy w Waszą stronę to transport znajdzie się sam, bo ktoś w końcu zapyta, co Wy tam w ogóle robicie? Dobrze jest się też ustawić przy głównej drodze i podpytać inne osoby na przystanku, którym pojazdem powinniście jechać albo pytać kierowców, którzy się zatrzymują. Przy wyjściu z Bridgetown natknąć się można na stadion imienia Garrison Savannah z dumnie zatkniętą flagą. Był to koń wyścigowy, który zdobył złoty puchar Cheltenham w 1991 roku. Stadion wyglądał imponująco i przyznam, że chciałabym go zobaczyć w pełnym rozkwicie podczas wyścigów konnych, gdy tylko tłumy zasiadają na trybunach.

Barbados jest magicznie spokojny, można tam odetchnąć, odpocząć i nacieszyć się sobą, jeśli tylko wyjdzie się z miasta.